Dziś dzień Ojca, Taty…
Opowiem Wam o linii Ojców – Linii miecza 🙂
Jestem niemal pewien, że albo w życiu codziennym, albo w jakichś filmach słyszeliście takie określenie jak „dziadek po mieczu”, albo „babka po kądzieli”. Z okazji dzisiejszego dnia Ojca, wyjmę owy Miecz Fojtowy i postaram się go zaprezentować. Linia Ojców, czyli tak zwana linia po mieczu to nic innego, jak ciąg rodowy przodków w linii męskiej – sami faceci. Od Ciebie samego drogi Fojcie, przez Twojego ojca, dziadka, pradziadka, prapradziadka – i tak w nieskończoność. W dawnych czasach i naszym regionie linia po mieczu miała większe znaczenie niż linia po kądzieli, bo to według tejże linii dziedziczyło się majątek, herb, przywileje a nawet tytuły. Praktykowano to szczególnie wśród rodów szlachetnie urodzonych. Z reguły stosowano wtedy dziedziczenie poprzez najstarszego z synów, w pierwszej kolejności. Mimo wielu mitów i przekonań, ten zwyczaj nie ma jednak nic wspólnego z rzeczywistym znaczeniem określenia >Linia po mieczu<. Do każdego mężczyzny, każdego z Was, wiedzie jego własny miecz. Wiadomo, dwoje braci swoje linie ojcowskie mają praktycznie identyczne, ale kiedy spłodzą synów, a Ci swoich synów, miecze te zaczynają się istotnie różnić.
Mój własny miecz, dzięki wieloletnim badaniom, wciąż udoskonalam. Bo każdego przodka, trzeba udokumentować. Jak się już domyślacie, większość mojego miecza, jest wspólna z Waszymi mieczami rodowymi i pewnie można mówić o „Fojtowym domu po mieczu”, a my wszyscy jesteśmy jego mieszkańcami. Nasze pochodzenie jest rolnicze, bo wszyscy nasi dawniejsi przodkowie uprawiali ziemię. Wielu naszych przodków było stolarzami, cieślami i śmiało można powiedzieć, że był to zawód przekazywany z pokolenia na pokolenie. Próżno szukać w naszym rodzie szlacheckich błękitnych krwi, herbów, a tym bardziej tytułów. Jakimś cudem nasi niepiśmienni przodkowie zostali zapisani w księgach i dokumentach, które udało się odnaleźć aż do przełomu XVI i XVII wieku – do 1600 roku, czyli do początków epoki nowożytnej. Cóż, do średniowiecza brakuje jeszcze jakieś 100-150 lat odkryć – może kiedyś okaże się, że jakiś przodek Fojtów walczył w jakiejś krwawej bitwie, albo strugał palisady. Póki co cieszy mnie ta Fojtowa klinga obejmująca już 11 pokoleń, wliczając w to mojego synka, który lada moment przyjdzie na świat. A wygląda to tak:
Każdy Ojciec przekazuje swojemu synkowi magiczny kluczyk, kod pamięci rodu, i nie ma w tym najmniejszej przesady. Tym magicznym kluczykiem jest chromosom Y, przekazywany od wieków z ojca na syna, z syna na wnuka, z wnuka na prawnuka i tak w nieskończoność…. W wielkim uproszczeniu ojciec przekazuje swojemu synowi dokładną, unikatową kopię swojego chromosomu Y. Przekazywanie Ygreka polega na jego skrupulatnym kopiowaniu i dzieje się to dokładnie w momencie zapłodnienia. To duże uproszczenie i gdyby rzeczywiście tak było, każdy z nas mężczyzn na Ziemi, miałby ten sam chromosom Y wprost od mitycznego Adama, przodka wszystkich obecnie żyjących i nieżyjących już mężczyzn. Wiemy jednak, że tak nie jest. Różnimy się owymi Ygrekami. Co więc poszło nie tak? Uściślimy troszkę naszą teorię.
A gdyby porównać kopiowanie chromosomów do życiowego zadania każdego jednego pokolenia? Wyobraźcie sobie, że każdy kolejny synek ma w czasie swojego życia zadanie: skopiować jedną wielką księgę, której oryginał, wzorzec dostał od swojego Taty. Ogromna większość synków, wykonuje swoje zadanie perfekcyjnie, dokładnie, literka w literkę, obrazek w obrazek… jednak co kilkanaście pokoleń zdarza się malutka literówka, przekręcony wyraz, albo zeźre wręcz całe zdanie. Co wtedy? Nadal mamy kopię księgi, ale przez błąd zmienił się nieco jej wydźwięk, a może nawet zmienić się sens całej treści. Kiedy powstanie nawet najdrobniejszy błąd, mówimy wtedy o mutacji. Taka mutacja może zajść z kilku różnych powodów:

Stąd różnice między nami, a mutacje zachodzą od zarania ludzkości, ale niezmiernie rzadko, co kilkanaście pokoleń. Jak widzicie samoistnie tworzą się grupy mężczyzn, którzy mają identyczny chromosom Ygrek – od mutacji do mutacji. Te grupy nazywają się Haplogrupami i możemy je w dzisiejszych czasach śledzić wstecznie, dochodząc naszego pochodzenia, czy traktów migracji rodziny. Dokonujemy tego za pomocą genealogicznych testów DNA. Udało mi się zbadać samego siebie, a także parę osób z rodzin Fojtowych i określić do jakiej Haplogrupy należymy jako ród. Nasza Haplogrupa to J-FT203770 🙂 Brzmi zupełnie jak nazwa jakiejś dziwacznej planety w odległej galaktyce, ale trochę tak jest. Co wynika z tej naszej Haplogrupy opowiem w innym artykule, ale dla zaciekawienia powiem Wam, kiedy ta nasza Haplogrupa powstała, a dokładnie – kiedy mniej więcej miała miejsce ostatnia mutacja na naszym Fojtowym chromosomie Y. A było to w zamierzchłych czasach, kiedy słońce było bokiem, a Fojty na chleb mówili Byp. Nasza Haplogrupa Fojtowa J-FT203770 wykształciła się w uśrednionym roku 1000 naszej ery.
Teraz wiecie już do czego ten tajny szyfrowany kluczyk. Oczywiście poza przenoszonymi informacjami o nas samych, o tym kim jesteśmy i jacy jesteśmy, to kluczyk do wehikułu czasu. Bo od jakiegoś 1000-ca lat wszyscy Fojtowie spokrewnieni ze sobą mają w „kręgosłupie” ten sam, identyczny chromosom Y. Wszyscy tworzymy grupę, którą nazwano J-FT203770.
Każdy z nas, który ma syna kontynuuje męską linię rodu. Kiedy urodzą Ci się same córki, linia ta wygasa. Gdyby u wszystkich braci Fojtów, kuzynów i kuzynów dalszego stopnia urodziły się same córy, można by powiedzieć, że mamy tutaj niezły babiniec, a babka dodałaby, że na pewno wojny nie będzie! Niestety ród Fojtów wygasłby. I musze Wam wytłumaczyć, że nie jest to tylko i wyłącznie wymiar nazwiska, bo nazwisko Fojt, czy Foigt, może zachować także córka, ale gaśnie coś o wiele, wiele ważniejszego, unikatowego, coś co w historii całego świata się nie powtórzy. Nazwijcie to jak chcecie, pierwiastek Fojtowy, albo Linia męska rodu Fojtów, albo krew Fojtowa. Ginie coś, co otrzymaliśmy w niezmienionej formie od przeszłych pokoleń, o wiele dawniejszych niż dziadek, czy nawet pradziadek. Bo wyobraźcie sobie! Gdybyście posiadali rodową pamiątkę, dajmy na to przodka z Bitwy pod Grunwaldem. No przecież relikwią zwano by ten przedmiot! Tymczasem mamy tę relikwię w sobie – przynajmniej póki rodzą się Fojtowi synkowie 🙂
